O pomieszaniu gatunków – recenzja

.

O pomieszaniu gatunków

recenzja

Science fiction a postmodernizm – Dominika Oramus
6 grudnia 2010 Poltergeist
Science fiction jako metoda
Marcin ‘malakh’ Zwierzchowski

Każdy miłośnik science fiction na pewno nie raz spotkał się z pojęciem tak zwanego “getta”, które ma symbolizować rozdział literatury głównonurtowej od fantastycznej. W wielkim skrócie stan ten polega na tym, że zawodowi krytycy i literaturoznawcy jakoby spoglądają na fantastykę z góry, świadomie ją ignorując, tudzież czynnie przeciw niej występują, nie szczędząc jej gorzkich słów. Oczywiście i ci drudzy nie są bez winy, także patrząc na tzw. mainstream spode łba, jakby samo jego istnienie było zamachem na dominium Tolkiena, Clarke’a czy Lovecrafta. W zasadzie rację mają i jedni, i drudzy – większość pozycji spod znaku science fiction, fantasy czy horroru rzeczywiście w najlepszym wypadku należałoby zbyć wymownym milczeniem, a trzeba też przyznać, że choć fantaści zarzucają innym, iż mają klapki na oczach, sami także niechętnie sięgają po pozycje głównonurtowe. Z drugiej strony kto, jeśli nie krytycy i literaturoznawcy, winni wiedzieć, że stosunek: 95% grafomanii i 5% arcydzieł odnosi się do całej literatury, a nie tylko do fantastyki, i trudno na podstawie kilku sztampowych dzieł (nie daj Boże kierować się listami bestsellerów!) wyrokować o danym nurcie. I tak to trwa od wielu lat, od czasu do czasu co bardziej popularnych fantastów wciąga główny nurt (Lem, Sapkowski), który momentalnie zmywa z nich fantastyczne znaki plemienne, dzięki czemu przyjmuje się ich jak swoich (ciekawe, jak długo oprze się temu Dukaj…).

W O pomieszaniu gatunków. Science Fiction a postmodernizm Dominika Oramus próbuje jednak udowodnić, że jest inaczej. Według pani dr hab. Instytutu Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego jakiś czas temu zaczął się proces przenikania gatunków, a sztywne niegdyś granice rozmyły się i niemalże zanikły. Jej książka ma formę pracy naukowej: zaczynamy od wyjaśnienia pojęć “postmodernizm”, “kultura popularna” i “science fiction” (przy tym ostatnim z bardzo rozbudowaną jego genezą, wraz z ukazaniem, jak przez lata kształtowało się jego pojmowanie), by następnie zagłębić się w istnym zalewie najróżniejszych subgatunków i hybryd (jak kidult fantasy, space opera, planetary romance itp.), prześledzić historie i najważniejsze dzieła trzech wielkich twórców: Stanisława Lema, Kurta Vonneguta i Philipa K. Dicka, aż w końcu w rozdziale piątym dojść do najciekawszej części tej rozprawy: prezentacji różnych technik narracyjnych, które wywodzą się z science fiction, a które obecnie znajdziemy “w warsztacie” także twórców głównonurtowych, jak Margaret Atwood czy Doris Lessing.

Jeżeli czegoś mi brakowało, to spojrzenia na nowoczesne science fiction, hard SF pióra Strossa, Wattsa, Kosmatki czy Bacigalupiego. Pojawiły się za to nieliczne, według mnie kontrowersyjne tezy, jak chociażby stwierdzenie, że: “Sam przymiotnik «naukowa» stał się reliktem, gdyż science fiction dawno przestała prezentować najnowsze odkrycia naukowe”. Trudno zgodzić się z tym komuś, kto czytał Radio Darwina Grega Beara (w zasadzie fabularyzowaną encyklopedię biotechnologii i ewolucjonizmu), teksty wspomnianego Petera Wattsa, zawsze głęboko zakorzenione we wszelkich nowinkach prosto z laboratorium (tu chociażby możliwość używania siarkowodoru do hibernacji podczas lotów kosmicznych), czy Edwarda M. Lernera, który we wstępie do powieści Następcy dziękuje wspierającym go swoją wiedzą specjalistom w dziedzinie nanotechnologii. Szkoda też, że polska scena science fiction zawężona została jedynie do Lema. Przecież to, co kiedyś przechodził autor Solaris, obecnie powtarza się w przypadku Jacka Dukaja, który najpierw – jako fantasta – stał na uboczu, a obecnie każda jego nowa książka konkuruje o najwyższe literackie laury.

Mimo to książka Dominiki Oramus jest wyśmienitą lekturą. Autorka potrafi w zajmujący sposób pisać o prezentowanych pozycjach, doszukując się kolejnych znaczeń i umiejętnie wpisując je w większe zjawiska kulturowe. Aczkolwiek ostrzec należy, że w toku swoich analiz nie wystrzega się dosyć dokładnego przybliżania treści kolejnych książek, co może nieprzyjemnie zaskoczyć czytelników nie znających Drogi McCarthy’ego (zdradzony zostaje los ojca) czy innych klasyków. Należałoby jednak oddać autorce sprawiedliwość, że nawet jeżeli zdradza zakończenie jakiegoś tekstu, opisuje go tak wnikliwie, z taką pasją, że mimo znajomości przebiegu fabuły nabiera się ochoty na sięgnięcie do źródła.

Największym osiągnięciem Oramus jest fakt, że nie tylko potrafiła przelać na papier niewątpliwą wiedzę na temat literatury fantastycznej, ale przede wszystkim udało jej się znaleźć złoty środek między akademicką formą a przystępnością dla przeciętnego czytelnika. O pomieszaniu… to książka gęsta od informacji, a mimo to podczas lektury nie sposób ugrzęznąć. Fakt, brak tu lekkości pióra jak w Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini, ale trudno pracę naukową wykładowczyni z UW porównywać pod tym względem do książki Andrzeja Sapkowskiego.